strona glowna
Kategoria: (Zdrowie) Autor: Andrzej Data 12 kwietnia 2011

Miała być piękna kwietniowa pogoda, a za oknem to, co widać. Zwiedziony promykami słońca przedostającymi się przez moje okno w sobotni poranek, postanowiłem wybrać się na rybki. Nie mowa tu o sklepie rybnym, bijącym wspaniałą ekspozycją śledzi i makrel, a o prawdziwej pasji, jaką jest wędkowanie. W pośpiechu spakowałem sprzęt wędkarski (wędka, zanęta i kilka browarków ;p) i pomknąłem do Nowogrodu, do znajomych mieszkających nieopodal wspaniałego zakola naszej Narwi. Miało być branie po braniu, a w rzeczywistości wzięła mnie tylko choroba. Zdradliwy wiatr wiejący z pobliskich łąk, coraz mocniej dawał o sobie znać. Nawet czapka zimowa nie podołała wyzwaniu, by uchronić mnie przed nękającą każdego roku grypą. Z wieczornych śpiewów przy grillu, owitych wspaniałymi aromatami dopiekających się rybek, pozostał mi aromat Amolu. Tak, tak o nim mowa. Natarty jego mocą poszedłem spać. Niedziela była jednak gorsza, jego ziołowy skład nie wyzwolił mnie z mocy choroby, dlatego niezbędna była wizyta w aptece, która wyrwała z mej kieszeni ostatnie „kopiejki”. Po zaaplikowaniu odpowiedniej dawki medykamentów dreszcze odeszły i wszystko zaczęło wracać do normy. Ku swej uciesze śmie twierdzić, że już jest co najmniej dobrze. ­­W końcu mogę wrócić do swojej pracy i robić coś kreatywnego, bo bezczynne leżenie z cieknącym nosem nie wróży nic dobrego…

Musisz byą zalogowany aby komentowaą.